Expedition Denali Freedom 2015
- Krzysztof Sabaciński

- 30 lis 2017
- 6 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 1 gru 2017
Wyprawa odbyła się w dniach 24 maja – 22 czerwca 2015 r. Jej celem było podjęcie próby wejścia drogą West Buttress na Denali (Mt. McKinley), najwyższy szczyt Ameryki Północnej o wysokości 6 194 m n.p.m. Wyprawa odbyła się pod Patronatem Burmistrza Szprotawy Józefa Rubachy, partnerami wyprawy zostali Szprotawa Gmina w Koronie, firma państwa Beaty i Mariusza Martynowicz PPHU Martpol, Starostwo Powiatowe w Żaganiu. Patronat medialny nad wyprawa sprawowały Gazeta Regionalna i Serwis Wspinaczkowy Brytan.

W dniu 27 maja, po uzyskaniu zezwolenia władz Parku Narodowego Denali na wspinaczkę, zostaliśmy przetransportowani samolotem miejscowej firmy Sheldon Air Service, firma ta ma największe doświadczenie, jeśli chodzi o lądowanie na lodowcu Kahiltna, na którym mieści się Obóz Bazowy (Base Camp – 2200 m). Część wyposażenia, żywności oraz paliwa została załadowana na sankach, które za pomocą linek przyczepione do uprzęży ciągnie się za sobą po lodowcu przez część trasy. Wieczorem tego samego dnia wyruszyliśmy do Obozu 1 (Base of Ski Hill), położonego na wysokości ok. 2400m. Panujący latem dzień polarny umożliwia wędrówkę praktycznie przez całą dobę, niemniej po godzinie 20 temperatura na lodowcu znacznie się zmniejsza. Na następny nocleg zatrzymaliśmy się w okolicach przełęczy Kahiltna Pass, a na trzeci tuż przed przełęczą Windy Corner. Pomimo swojej złowieszczej nazwy, na przełęczy panowały idealne warunki pogodowe, a całkowity brak wiatru zachęcił nas do odpoczynku na samej przełęczy. 31 maja dotarliśmy do Obozu 3, nazywanego Medical Camp bądź „14” od wysokości, na której się znajduje (14 200 stóp – ok. 4300 m).

W obozie tym planowo mieliśmy pozostać jeden dzień, wypoczywając i zbierając siły przed dalszymi etapami wyprawy. Obóz położony jest w niecce, w związku z czym warunki wiatrowe są najczęściej dobre, umożliwiając wspinaczom spokojny nocleg. Tutaj jednak trzeba pozostawić saneczki, ponieważ dalsza część trasy jest zbyt stroma.
Po odpoczynku, 2 czerwca wyruszyliśmy w kierunku Obozu 4, nazywanego High Camp lub „17” od położenia na wysokości 17 200 stóp (ok. 5200 m). Naszym celem było wyniesienie i pozostawienie w tym obozie depozytu, czyli części ekwipunku, żywności i paliwa do późniejszego wykorzystania, a następnie powrót na nocleg do Obozu 3.

Trasa prowadzi poprzez strome pola śnieżne, a następnie przez pokryty lodem Headwall, na którym rozwieszone są stałe liny poręczowe. Po wejściu na skalano-śnieżną grań, prowadzącą do Obozu 4 okazało się, że wiatr jest zbyt silny, by kontynuować wspinaczkę. Pozostawiliśmy zatem depozyt na wysokości ok. 16 400 stóp i wróciliśmy do Medical Camp. Wieczorna prognoza pogody przekreśliła nasze plany; miało spaść do 2 metrów świeżego śniegu. Kolejne trzy dni upłynęły nam na bezsilnym obserwowaniu opadających na obozowisko białuch, ciężkich Płatków. Podwyższyliśmy śnieżne ściany, zabezpieczające nasz namiot przed wiatrem, przygotowując się na załamanie pogody. W czwartkowe popołudnie, 4 czerwca, śnieg nieco zelżał. Martwiło nas zagrożenie lawinowe, które świeży opad śniegu znacznie zwiększył. Ku naszej rudości, kilkunastu wyposażonych w turystyczne narty wspinaczy zaczęło podchodzić pod Headwall i zjeżdżać do obozu, przy okazji ubijając śnieg na trasie. Prognoza pogody wskazywała na dwa dni względnie dobrej pogody, po których miało nastąpić jej załamanie, z burzami śnieżnymi i dużym opadem śniegu. Ustaliliśmy, że następnego dnia wyruszamy do High Camp, żeby mimo wszystko spróbować wejścia. Dwudniowe okno pogodowe było wystarczające do podjęcia takiej próby, a przy dobrym wykorzystaniu czasu powinniśmy zdążyć, wrócić do Metical Camp przed pierwszymi uderzeniami wiatru. Tej nocy nie mogłem zasnąć, podekscytowany zbliżającą się próbą. Przez głowę przebiegały mi natrętne myśli: czy pogoda się utrzyma czy wytrzymam wysiłek czy nie wydarzy się jakieś nieszczęście Rano spakowaliśmy najpotrzebniejsze wyposażenie i wyruszyliśmy znów w kierunku Obozu 4. Po około 300 metrach nie byłem w stanie dalej iść ze względu na chorobę wysokościową i zawróciłem do pozostawionego namiotu.

Zostałem sam przez trzy dni, walcząc z chorobą wysokościową. Z pierwszego dnia nie pamiętam nic, wiem tylko że inna ekipa, która wychodziła do obozu 17200 przyszła do mojego namiotu i po rozmowie zostawili mi swoją maszynkę do gotowania, gdyż moja została zakopana przed obozem 17200 w depozycie, a moi partnerzy zabrali swoje na górę.
Na szczęście miałem przy sobie Duramid, który bierze się przy obrzęku płuc, jedna tabletka co cztery godziny, mimo mojego stanu w telefonie ustawiłem budzik, który co cztery godziny przypominał mi o wzięciu tabletki. Na drugi dzień mimo strasznego wycieńczenia organizmu z wielkim trudem i wysiłkiem wydostałem się z namiotu żeby ugotować sobie posiłek, a jest to nie lada wyczyn na tej wysokości i w tej temperaturze. 2 litry wody potrzebuje ok. 2 godz. żeby się zagotowała i tak przez dwa dni, bo jak już pisałem, pierwszego nie pamiętam. W dniu, w którym spodziewałem się powrotu chłopaków, nagotowałem wody w termos i butelkę, gdyż świadomy byłem, że będą spragnieni i głodni. Padła obietnica, że pójdziemy jeszcze raz, po raz pierwszy usłyszałem te słowa przy rozstaniu na podejściu do obozu 17200 ft i ponownie gdy wrócili z góry. Analizując to teraz na sucho bez emocji, w ciepły mieszkaniu te słowa brzęczą w moich uszach jak mantra. Nie mogąc zrozumieć tego iż przecież nie trzeba było proponować w tej sytuacji, ponownego zaatakowania szczytu tylko zejście razem do obozu 14200 ft i poczekanie na poprawę mojego stanu zdrowia i zaatakowanie szczytu ponownie. Przecież jako przyjaciele pojechaliśmy spełnić każdy swoje marzenie. Po co robić coś dwa razy gdy można zrobić to raz wspólnie ! Przez tę podjęta decyzję przez Piotra i Tadeusza po powrocie ze szczytu ja musiałem stanąć przed podjęciem mojej decyzji, atakować ?, czy wracać ?. Chodzi mianowicie o to że, Piotr odmroził sobie palce u nóg i przy ściąganiu skarpet jego skóra z palców również zeszła.

Następnego dnia ja już czułem się dobrze, forma wróciła i z Tadeuszem poszliśmy wspinać się w ścianę lodową, a we mnie była burza, wątpliwość czy pozwolić partnerowi na to, żeby z odmrożeniami pozostał sam, a ja z Tadeuszem jeszcze raz spróbować pójść na szczyt. Trzeba byłoby jeszcze raz wynieść depozyt do Obozu 17200 ft i zejść. Następnie wejść do 17i zrobic reset, atak szczytowy i powrót do obozu 14200 ft w sumie dałoby to ok. 4 dni plus zejście do obozu 7200 ft ok. 2 dni i czekanie na samolot.W tej sytuacji, decyzja nie mogła być inna, musimy zejść ! Dla mnie partnerstwo liny, przyjaźń, braterstwo jest największą wartością, którą kieruję się w życiu. Wiążąc się z partnerem liną, nie robię tego dla swojego bezpieczeństwa, tylko dla bezpieczeństwa partnera, trzymając linę w rękach, trzymam jego życie, ale również oczekuję tego samego w zamian. Wawrzyniec Żuławski powiedział “Przyjaciela nie opuszcza się nawet, wtedy gdy jest już tylko bryłą lodu” Ten cytat przypomina o rzeczy bardzo istotnej, o której niestety wiele osób zapomina : „w górach stajemy się braćmi, a więc dbamy o siebie jak bracia. Bycie dla kogoś bratem w górach to coś więcej niż partnerstwo. To najwyższe poświęcenie. To właśnie zrobienie herbaty, niby nic, a kosztuje w tych warunkach tyle wysiłku, tyle poświęconego czasu, ale poświęconego dla brata i to jest najcenniejsza wartość, której nie jest wstanie przyćmić żadna góra. Góry są i będą, przyjaźnie niepielęgnowane na pewno przestają istnieć. Cenę, którą się płaci, jest o wiele wyższa niż szczyt. Góry bez ludzi są martwe i tylko wtedy mają sens, gdy jest w nich człowiek ze swoimi uczuciami, wartościami. Nie każdy ma mocny kręgosłup moralny, żeby sprostać wyzwaniu bycia partnerem, przyjacielem, bratem. Szczyt to nic ! Liczy się droga do niego ! Jestem szczęśliwym człowiekiem, który bez wyrzutów sumienia może spojrzeć w lustro i powiedzieć, jestem dumny z podjętej decyzji. liczy się człowiek nie szczyt. Po ogłoszeniu mojej decyzji i po dniu odpoczynku postanowiliśmy schodzić. Tym razem Windy Corner w pełni zasłużył na swoją złą sławę. Wiatr przewracał sanki, plątał linę, spychał nas w dół. Tadeusz toczyć niesamowitą walkę z wiatrem o uratowanie sprzętu który miał na sankach. Śnieg sypał niemiłosiernie. Twarze mieliśmy całkowicie zdrętwiałe. Widoczność również się zmniejszyła i z trudem wypatrywaliśmy bambusowych tyczek, wyznaczających dalszą trasę, jak również tych złowieszczo skrzyżowanych, stawianych przy największych szczelinach. Noc spędziliśmy w Obozie 2 na 11200 ft , w mokrych ubraniach i śpiworach.
Następnego dnia wiatr zelżał, ale widoczność była bardzo ograniczona i tylko dzięki przygodnie spotykanym ekipom udało nam się bez przygód przedostać się przez pokryty niewidocznymi teraz szczelinami lodowiec. Późnym wieczorem, 10 czerwca dotarliśmy do Obozu Bazowego, a wieczorem następnego dnia ten sam samolot, który przywiózł nas na lodowiec, pozwolił nam wrócić do miasteczka Talkeetna, do cywilizacji.
Expedition Denali Freedom była sukcesem. Choć nie stanąłem na najwyższym szczycie Ameryki Północnej, to cała trójka wróciła bezpiecznie do dołu. Przesunęliśmy horyzonty własnych ograniczeń, realizując odwieczne marznie człowieka, by dotrzeć dalej, sięgnąć wyżej, dotknąć ideału. Zdobyłem coś więcej niż szczyt i co najważniejsze przy okazji nie zatraciłem wartości którymi kieruję się w swoim życiu. Zrozumiałem jedno to co powiedział Alex Txikon. " Są ludzie, z którymi nie chciałbym jeździć na wyprawy, bo są w 100 procentach skoncentrowani tylko na tym, by wejść na wierzchołek. Nie podzielam takiego myślenia. Na takie ekspedycji wszystko jest ważne - od momentu lotu samolotem, do czasu, gdy jesteś w mieście, docierasz do bazy, jak aklimatyzuje się twój żołądek, ciało... To jest proces, podczas którego raz jesteś w lepszym, raz w gorszym nastroju i trzeba to przeżywać z przyjaciółmi".












Komentarze