top of page
Szukaj

Expedition Sky is the Limit Elbrus-Kazbek

  • Zdjęcie autora: Krzysztof Sabaciński
    Krzysztof Sabaciński
  • 14 gru 2017
  • 14 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 24 maj 2018

Nie ważne to, że poświęcasz swoje życie.

Wierzysz i walczysz, pracujesz, żeby stać na szczycie.

Tylko ty znasz tą cenę jaką przyszło płacić,

by mieć szansę zwyciężać, by tej szansy nie stracić.

Walczyć i wygrywać, ale zawsze fair play.

Wiarą we własne siły spełniać najpiękniejszy sen.

Walczyć ponad wszystko, gdy jest chwila zwątpienia.

Pokonanie swoich słabości to jest to, co się docenia.


Sky is the Limit
Expedition Sky is the Limit Elbrus-Kazbek

Elbrus

Dwa lata przygotowań, szperania w internecie, żmudnego pozyskiwania informacji, rozmów z przewoźnikami oraz kombinowania przy uzyskaniu wizy do Rosji zaowocowało. Można by powiedzieć sukcesem, ale czy tam w górach, na szczycie, pojęcie sukcesu ma jakiekolwiek znaczenie. Więc nie będę pisał o sukcesie tylko o przygodzie, która zakończyła się wisienką na torcie. Żeby móc cieszyć się z tej wisienki trzeba było ciężko pracować i wylać wiele potu. Przygoda rozpoczęła się 1 lipca. Całą ekipą spotkaliśmy się w Warszawie. Ja z Arkiem polskim busem dotarliśmy z Wrocławia, Ania przyjechała z Rzeszowa, Sebastian przyleciał ze Rumuni. W wynajętym apartamencie do późnych godzin wieczornych przepakowywaliśmy bagaże, żmudnie licząc kilogramy. Pierwszą noc przespałem nad wyraz spokojnie, bez żadnych przemyśleń, zmartwień tak jakby nie miało znaczenia, że jutro wyruszamy po marzenie. Rano wstałem wypoczęty, poszedłem do sklepu kupić artykuły żywnościowe i przygotowałem dla wszystkich śniadanie. Pokój musieliśmy opuścić do godz. 12:00 więc po śniadaniu udaliśmy się na stację SKL i pociągiem dotarliśmy na Lotnisko Okęcie.

Sky is the Limit
Sky is the Limit

Po oddaniu bagaży i po przejściu odprawy do godz. 23:40 przebywaliśmy w strefie bezcłowej, a jak to bywa na bezcłówce alkohol rządzi, co niektórzy nie pamiętają lotu i następnego dnia. O godzinie 4:30 wylądowaliśmy na lotnisku w Tbilisi i za namową taksówkarza, że na promocyjnych warunkach za jedyne 40 lary zawiezie nas pod hotel, udaliśmy się w jego kierunku. Droga do hotelu była expresowa. Zerkając na licznik prędkości, miałem strach w oczach, 120 km na ruchliwej drodze robi swoje. W hotelu byliśmy wcześnie rano i musieliśmy czekać na pokoje, ale miła obsługa poczęstowała nas kawą. Upał na dworze był niemiłosierny, 45 stopni robił swoje. Dobrze, że w pokoju mieliśmy klimatyzację. Około godziny 12:00 wyszliśmy na miasto, aby poszukać dworca autobusowego, z którego następnego dnia mieliśmy zarezerwowany przejazd drogą wojenną do Baskan w Rosji. Arek został w pokoju liżąc rany strefy bezcłowej, a my z mapą ruszyliśmy w kierunku dworca, po drodze spotykając gościnnych Gruzinów. Na słowo Polsza od razu częstowali nas Czaczą, gruzińskim bimbrem z winogron 60%.

Sky is the Limit
Sky is the Limit

W taki upał ścina z nóg. Dostaliśmy na przekąskę banany, cukierki, morele i ruszyliśmy w dalszą drogę. Następnego dnia z plecakami ważącymi 8 kg i 23 kg opuściliśmy hotel i znaną już droga ruszyliśmy w kierunku dworca. Ja pomagałem Ani więc miałem w sumie 49 kg na sobie. Termometr pokazywał 49 stopni Celsjusza. O godzinie 12:00 pełny autobus ruszył w kierunku przejścia granicznego z Rosją Wierchnij Łars / Kazbegi, zwanego też Chertov Most. Drogą Wojenną autobus serpentynami jechał w kierunku Przełęczy Krzyżowej, która wznosi się na wysokość 2.379 m Po prawej mieliśmy wspaniałe widoki na rzekę Terek. W pewnym momencie autobus odmówił posłuszeństwa i musieliśmy zrobić nieplanowany postój.

Sky is the Limit
Sky is the Limit

Po jakiejś godzinie ruszyliśmy dalej. Przejście przez granicę gruzińską odbyło się bez żadnych problemów, ale za to przed rosyjska trzeba było już zapłaćić po 100 rubli każdy dla celników, co nie gwarantowało spokojnego przekroczenia granicy. Rosyjski celnik po dwóch telefonach i po rozmowie z kierowcą wbił pieczątkę i mogliśmy kontynuować podróż. Z rozmów z innymi Polakami spotkanymi w Rosji, my i tak mieliśmy szczęście. Oni byli po 2 godziny przesłuchiwani w jakim celu chcą przekroczyć granice. Po przejechaniu granicy czekała nas jeszcze jedna granica z Osetią Północną. Tam obeszło się bez kontroli dzięki wódce schowanej w luku bagażowym. Celnik powiedział, żeby szybko przejść na druga stronę i czekać na autobus, który przejeżdżał przez urządzenia prześwietlające. Trzeci dzień wyprawy, przejście graniczne, napięcie, pełno wojska, policji i nieodpowiednie miejsce na kłótnie, ale życie rządzi się swoimi prawami i powstała druga poważniejsza awantura z Anką. No cóż, tak to bywa. Ten dzień był długi, o godz. 24:00 na rondzie koło miejscowości Baksan, przy posterunku policji wysiedliśmy z autobusu. Po krótkiej chwili zatrzymał się samochód, w którym siedziało 5 mężczyzn, proponując nam pomoc. Noc, uprzedzenia, ale i strach podpowiada nam, żeby nie korzystać z pomocy. Po namyśle Arek z Sebastianem zostali, niby to uzgadniając warunki. Ja z Anią pod pretekstem skorzystania z toalety udaliśmy się na stację paliw, na której spotkaliśmy młode małżeństwo z Kabardo – Bałkarii, z którymi Anka, rozmawiając po angielsku, opowiedział całą historię. Szczęście nas nie opuściło, ponieważ Zukhrze z mężem mieszkają w Tereskol, właśnie tam, gdzie my mamy zamiar się dostać. W międzyczasie Arek i Sebastian dołączyli do nas a za nimi natrętny Rosjanin, który liczył na zysk przy załatwianiu taksówki. Po krótkiej rozmowie, na stację przyjechała taksówka i po naradzie Ania wsiadła do samochodu małżeństwa, a ja z Arkiem i Sebastianem do zamówionej taksówki. Za kurs zapłaciliśmy 3000 rubli z czego mężczyzna który zaoferował nam pomoc, dostał 800 rubli. W Terskol zamieszkaliśmy u Mamy Zukhrze.

Sky is the Limit
Sky is the Limit Elbrus-Kazbek

Niby tego nie robi i zaoferowała nam “dobrą cenie”,za którą w Azau mieliśmy komfortowe warunki w hotelu. Co by nie było, dziękuję im za pomoc. Warte dodania jest, że mieszkaliśmy obok budynku ratowników M.Cz.S-ie. w którym następnego dnia zrobiliśmy rejestracje. Kolejny dzień mijał na zakupach i na załatwianiu meldunku zwanym OVIR. Koszt takiego meldunku to 200 rubli pod warunkiem, że śpi się w hotelu. My mieliśmy problem, spaliśmy u kobiety. Na poczcie siedziały dwie miłe panie, które za niewielka opłata za pomoc przy meldunku i paru telefonach wypełniły za nas papiery. Z 200 rubli zrobiło się 700. Kolejny raz pokazuje to smutną prawdę, że papierologia stwarza możliwości korupcji. 6 lipca o godz. 6 rano z Terskol wyruszyliśmy w kierunku Azau ostatniej wioski przed Elbrusem. Nasze plecaki ważyły po 30 kg. W Azau zjedliśmy śniadanie i wyruszyliśmy w kierunku stacji kolejki linowej Mir.Stacja końcowa Mir znajduje się na wysokości 3323 m n.p.m. Choć początkowe plany zakładały doprowadzenie wyciągu aż do schroniska Prijut 11-tu. Całkowita długość kolejki gondolowej to około 3,5km (1,7 km do Starego Krugozoru + 1,8km do stacji Mir) a różnica wysokości to 835m. Droga prowadzi pod wagonikami, z których co jakiś czas machali do nas turyści. Droga jest mało atrakcyjna , żmudna, ale dobra dla aklimatyzacji.

Sky is the Limit Elbrus-Kazbek
Sky is the Limit Elbrus-Kazbek

Tego dnia o godz. 19:00 powstał nasz pierwszy obóz gdzieś na wysokości 3330 m .n.p.m. Dla niektórych to pierwsza taka przygoda z namiotem, gotowaniem na maszynce i topieniem śniegu. Ja noc przespałem bez żadnych komplikacji, mój organizm jak poczuje pod głową coś miękkiego to od razu zapada w sen Morfeusza . Ranek natomiast przyniósł problemy. Arek wstał opuchnięty i z bólem głowy. Pamiętam, że Ania również narzekała na problemy, więc podjąłem decyzję o zejściu z powrotem do Azau. Oczywiście wcześniej rozmawiając o tym z wszystkim. Spakowaliśmy plecaki i zjechaliśmy kolejka, żeby było szybciej. Zapobiegawczo wzięliśmy po 125 g Duramitu co 12 godz. W Azau wynajęliśmy dwa pokoje w hotelu i po paru godzinach wszystko wróciło do normy. W rozmowach w ciągu dnia Arek powiedział mi, że jego mata jest dziurawa i było mu zimno w nocy, podjąłem decyzję, że oddam mu swoją. Byłem na Alasce więc dam sobie radę. 8 Lipca rano wsiedliśmy do kolejki linowe i wróciliśmy na ostatnią osiągniętą wysokość, a następnie ruszyliśmy w kierunku słynnych beczek na wysokość 3800 m n.p.m. gdzie rozbiliśmy nasz drugi obóz i przygotowaliśmy posiłek.

Sky is the Limit Elbrus-Kazbek
Sky is the Limit Elbrus-Kazbek

Rosjanie czasem lubią żartować, że to beczki po paliwie rakietowym, podkreślając tym swój podbój kosmosu. W rzeczywistości są to beczki po paliwie ale nie do rakiet, chyba że te w Rosji latają na ropę. Kiedyś całe galony były potrzebne do zasilania generatorów dieslowskich wytwarzających prąd dla zbudowanego z wielkim rozmachem, pobliskiego i nieistniejącego już schroniska Prijut 11. Okazało się, że obok naszego namiotu stacjonował oficer rosyjski o imieniu George.Pilnował radiostacji. Po kilku godzinach Georg przyszedł do nas w odwiedziny i jak na Rosjanina przystało, przyniósł na poczęstunek wódkę.

Sky is the Limit Elbrus-Kazbek
Sky is the Limit Elbrus-Kazbek

Po południu wyszliśmy w celu dalszej aklimatyzacji do Pirut 11 na wysokość 4100 m n.p.m zwanego schronem jedenastu. Nazwa pochodzi od jedenastu geologów, którzy dawno temu zbudowali tutaj drewniane schronienie, w którym początkowo nocowali prowadząc badania nad wulkanicznym Elbrusem. Z czasem drewnianą budę zastąpiło potężne, dwupiętrowe schronisko mieszczące 125 osób, które jako najwyżej położone na świecie było chlubą Pierelbrusia w złotych czasach ZSRR. Niestety było… Wypadek miał miejsce 16 sierpnia 1998r. Jest kilka wersji zdarzeń. Jedna z nich mówi, że ktoś przypadkowo chcąc ugasić mały pożar na jedynej dostępnej w całym schronie kuchence, wylał na piec butelkę z paliwem sądząc, że to woda. W wyniku poparzeń kilka osób zostało lekko rannych a sam Priut 11, po 59 latach pracy zakończył swoją służbę.

Schronu nigdy nie odbudowano, jednak kilka metrów niżej w 2001 r. z resztek złomu odnowiono starą chatę, w której przechowywano wcześniej paliwo do generatorów dieslowskich zasilających schron. Stąd pochodzi nazwa – Diesel Hut.

Sky is the Limit Elbrus-Kazbek
Sky is the Limit Elbrus-Kazbek

Nowy wyremontowany schron, choć znacznie mniejszy, z wyglądu jest trochę podobny do starego Priuta. Jeśli ktoś dotarł do historii regionu, w który jedzie lub choć raz widział archiwalne zdjęcia, to nie pomyli tych dwóch budynków. Priut był potężnym, wielkim schronem z nowoczesnym jak na swoje czasy wyglądem a Diesel Hut zbudowany z pozostałości ma ledwo mały, ciasny parter i poddasze. 9 lipca z samego rana złożyliśmy obóz i wyruszyliśmy w górę pod ruiny Piruta, gdzie czekała nas żmudna robota przy platformie na namiot. Po obiedzie zrobiliśmy podejście pod skały pastuchowa, gdzie na wysokości 4600 m w gęstej mgle wróciliśmy z powodu lecących kamieni. Skały te są niczym innym jak wystającą spośród śniegów skalną granią pomiędzy lodowcami Mały Azau i Bolshoy Azau, oraz początkami lodowców Garabashi, Terskol i Irik po prawej stronie. Zimą grań ta jest bardzo przysypana śniegiem i słabo widoczna. Jedyne co możemy zauważyć z daleka to ciemniejszą połać kamieni i głazów wystających ponad śniegiem. Latem i jesienią pasmo jest bardziej widoczne. W sezonie pośród skał można niejednokrotnie znaleźć dobre miejsce do noclegów i pozostawione przez poprzednie ekipy platformy pod namiot.

Mówiąc o skałach Pastuchowa, mówi się też często o ich początku i końcu, gdyż pasmo ciągnie się do góry na przestrzeni kilkuset metrów ze sporą różnicą wysokości. Nazwa skał pochodzi od nazwiska. Pod koniec XIX wieku słynny wojskowy topograf Andrei Pastukhov podejmował serię prób zdobycia szczytu. O aklimatyzacji nie wiedziano wtedy tyle co dziś i sam zdobywca podczas jednej z prób został zmuszony do obozowania na wysokości około 4960 m n.p.m. , pod wystającymi ponad śnieg skałami. Skały od tego czasu nazwano jego nazwiskiem, żeby upamiętnić jego wkład w poznanie góry. Nazwa pozostała do dziś, choć na niektórych mapach możemy zobaczyć „Priut Pastuchowa”, czego nie należy mylić ze schronem. Zabudowań tu brak a to jedynie historyczne napomnienie o topografie, który tutaj znalazł swoje schronienie i przetrwał noc.

10 lipca był dniem resetu, nawadniania się, robienia przysmaków, między innymi zapiekanki z salami i sera. Przez cały dzień topiliśmy śnieg do butelek i termosów, żeby mieć wodę na atak.

Sky is the Limit Elbrus-Kazbek
Sky is the Limit Elbrus-Kazbek

Noc był ciepła, o godzinie 23:00 zadzwonił dzwonek oznaczający, że zaczyna się ten moment, na który czekałem przez dwa lata. O 2:00 nad ranem wyruszyliśmy w kierunku skał pastuchowa. Po pewnym czasie w dole widzieliśmy sznur świateł, co oznaczało, że tego dnia nie będziemy na szczycie sami. Powyżej skał zaczął się ruch ratraków i skuterów śnieżnych. Co niektórzy chcieli zaoszczędzić sobie trudu drogi. Później okazało się to jednak dla nich zdradliwe. Cały trawers był w wymiocinach i krwi. W górach wysokich nie ma możliwości przyspieszyć, organizm potrzebuje czasu, tego się nie oszuka.

Idąc zakosami byliśmy świadkami najpiękniejszego spektaklu, jaki można zobaczyć na ziemi. Słońce nieśmiało wychylało się zza horyzontu, a jego delikatne promienie zaczynały ogrzewać nasze twarze. Warto było wstać i zobaczyć to na własne oczy.

Sky is the Limit Elbrus-Kazbek
Sky is the Limit Elbrus-Kazbek

Przed trawersem związaliśmy się liną, przy okazji, jak sobie przypomnę pewne zdarzenie, to uśmiech nie schodzi mi z ust. Parafrazując słowa Marka Twaina, lepiej nic nie robić i wydawać się głupim, niż zrobić i rozwiać wszelkie wątpliwości. Na trawersie mieliśmy chwile grozy. Wiatr wiał niemiłosiernie, a jego podmuchy co jakiś czas próbowały zwalić nas z nóg. Prosiłem o wyciągnięcie czekanów. Ania uznała, że to zbyteczne. Nastąpił krytyczny moment, gdy podmuch wiatru szarpnął Sebastiana i poleciał w dół, ciągnąc Ankę za sobą. Gdyby nie szybka reakcji moja i Arka pewnie tego tekstu byście nie czytali. Powinno być to przestrogą , nauczką, ale jak dalsza historia pokaże pod, Kazbekiem nie wszyscy szybko się uczą. Po wejściu na przełęcz zrobiliśmy sobie krótką przerwę i ruszyliśmy ostro pod górę. Dla Arka i Sebastiana to pierwsza taka wysokość w życiu. Ich organizm ciężko sobie z tym radził. Co jakiś czas klękali na kolana łapiąc oddech,ale na tej wysokości to nic dziwnego. Idąc jako pierwszy, musiałem tak dobierać prędkość marszu, żeby za bardzo nie spowalniać, ale i nie przyspieszać, co mogłoby skutkować tym, że nie staniemy na szczycie i będziemy musieli zawracać. Szczyt to połowa sukcesu i to ta łatwiejsza. O godzinie 11:21 wszyscy zmęczeni, ale szczęśliwi stanęliśmy na szczycie.

Sky is the Limit Elbrus-Kazbek
Sky is the Limit Elbrus-Kazbek

Kilka fotek i mozolna droga w dół. Przyznam się szczerze, że łzy szczęścia popłynęły mi po policzku. Wszystko układało się dobrze, ale jak wszystko idzie dobrze, to znaczy, że za chwile może być inaczej. W pewnym momencie na trawersie Sebastianowi odcięło nogi. Usiadł ,odpiął się od liny i powiedział, że nie schodzi. Myślę, że zimna krew i szybka ocena sytuacji spowodował moją reakcję. Skróciłem line, wpiąłem ją z powrotem do uprzęży Sebiego i zacząłem sprowadzać go na tak zwanej krótkiej smyczy. Po dojściu do skał pastuchowa Sebi odzyskał formę. W obozie szybka kolacja i uciekaliśmy szybko do namiotów z powodu zimna. Tej nocy po raz pierwszy źle spałem, dokuczało mi zimno od spodu, a że mam przepuklinę kręgosłupa od zimna zaczęły boleć mnie korzonki, na szczęście tabletki pomagały. 12 lipca złożyliśmy obóz i zeszliśmy do Stacji Mir. Dzięki uprzejmości ochroniarzy, z którymi rozmawiał Arek, bez biletów, gdyż kasa była nieczynna, zjechaliśmy na dół. W Azau wynajęliśmy ten sam hotel. Dzień spędziliśmy na zakupach w Tereskolu, gdzie pojechaliśmy taksówka z Omarem. Jazda białą starą ładą, krętą drogą, powodował strach w oczach. Omar uspokajał nas, mówiąc, żebyśmy się nie bali, bo to ‘Biały orzeł “. Tego samego dnia odmeldowaliśmy się u ratowników i wróciliśmy do hotelu. Następnego dnia z poznanymi Polakami wynajętym samochodem przekroczyliśmy granicę Rosyjsko-Gruzińską. Nasza droga zakończyła się w Kazbegi. Koledzy jechali dalej do Tbilisi. W Kazbegi byli Arka znajomi z Polski, którzy też mieli w planach wejście na Kazbek. Pogoda to im uniemożliwiła i obecnie mieszkają u Wsilija, Którego i my spotkaliśmy czekając na Arka. Po krótkiej wymianie zdań Waslij ruszył w kierunku centrum i za parę minut podjechał z Arkiem po nas. Wychodzi na to, że to nie my szukaliśmy spania, to spanie szukało nas. Ulubione słowa Wsilija po polsku to „wot chujowa” i „wot zajebista”, które wywoływały uśmiechy na naszych twarzach. Na miejscu pierwsze co musieliśmy zrobić to wizyta w kuchni i tak zwana “debakteryzacja”, czyli wypicie Czaczy.

Sky is the Limit Elbrus-Kazbek
Sky is the Limit Elbrus-Kazbek

Kolejne dwa dni spędziliśmy w Kazbegi odpoczywając po Elbrusie. Dzięki uprzejmości policjanta, który zawiózł nas do miejscowych ratowników, mieliśmy możliwość porozmawiać telefonicznie z polskimi ratownikami stacjonującymi pod Kazbekiem przy obserwatorium. Dzięki temu, my uzyskaliśmy cenne informacje odnośnie warunków panujących na górze i wskazówek co do przejścia przez lodowiec Gergeti (zwany także Ordzweri ok. 3200 m n.p.m.) a Ratownicy możliwość poproszenia nas o zakup herbaty i chleba. 15 lipca samochodem ruszyliśmy w kierunku kościoła Cminda Sameba budowanego na wzgórzu Gergeti (ok. 2170 m n.p.m.), świetnie widocznego z miasteczka. Kościół Cminda Sameba, czyli Świętej Trójcy to jeden z najpopularniejszych symboli Gruzji i Kaukazu (zdjęcie widnieje na okładkach wielu przewodników). Został wybudowany w XIV wieku, w czasach sowieckich, kiedy Gruzja była częścią ZSRR.

Sky is the Limit Elbrus-Kazbek
Sky is the Limit Elbrus-Kazbek

Zamieszkujący tu mnisi zostali wypędzeni, a świątynia niszczała,duchowni powrócili dopiero w 2005 roku. Czasem w internecie można znaleźć informację, że biwakować można w murach kościoła (np. w dzwonnicy). Stanowczo jednak nie jest to prawdą (widnieją nawet informacje o całkowitym zakazie rozbijania się na terenie świątyni).Na polanie czekały na nas wynajęte konie, które miały zawieźć nasze bagaże do obserwatorium. Na miejscu okazało się, że konie są, ale pójdą tylko do czoła lodowca.

Sky is the Limit Elbrus-Kazbek
Sky is the Limit Elbrus-Kazbek

Dalszy etap trekkingu to trawers trawiastym zboczem. Piękne górskie łąki towarzyszyły nam aż do przełęczy Arsha leżącej na wysokości 2920 m.n.p.m. Zanim podeszliśmy na właściwą przełęcz, dwukrotnie przemierzaliśmy „przed przełęcze” – dające fałszywą nadzieję, że „to już”. Podobnie jak na całej trasie nie ma żadnych znaków, ale właściwa ścieżka jest raczej trudna do pomylenia z inną. Sama przełęcz to miejsce z bardzo ładnymi widokami

Za przełęczą, a przed lodowcem znajdziemy jeszcze dwa dobre miejsca biwakowe, położone w pobliżu wypływającej z lodowca rzeki Gergeti (ze względu na rwący nurt czasem jej przejście może być dość trudne i ryzykowne). Z każdym metrem podejścia krajobraz stawał się coraz mniej sielski i zielony – pojawiły się kamienie oraz lód. Wkrótce wkroczyliśmy na lodowiec Gergeti (zwany także Ordzweri ok. 3200 m.n.p.m.), przed którego czołem leżą nasze plecaki. Założyliśmy raki i wznosiliśmy się coraz wyżej w kierunku obserwatorium.Droga przez lodowiec w dobrych warunkach zajmuje 1-1,5 h Później trzeba jeszcze znaleźć dogodne przejście na kamienisty teren i ścieżkę prowadzącą stromym zboczem do schroniska (ok. 15-20 minut).

Sky is the Limit Elbrus-Kazbek
Sky is the Limit Elbrus-Kazbek

Schronisko Betlejem, zwane na ogół stacją meteo (w rzeczywistości tę funkcję obiekt pełnił dość krótko) leży na wysokości 3670 m.n.p.m. Po dotarciu na miejsce wyszukujemy wolne miejsca pod namiot i po założeniu obozu przekazujemy zakupione artykuły ratownikom. Niedziela 16 lipca była dniem regeneracji przed planowanym wyjściem. Arka cały dzień męczyły problemy żołądkowe, przez które musiał podjąć męska decyzje o rezygnacji z dalszej drogi na szczyt. Za co wielki szacunek, sam wiem, ile taka decyzja kosztuje. Każdemu wspinaczowi do życia niezbędny jest sukces. A przecież skuteczny “wycof” to też sukces – czasem jedyny! Dlatego wielki Szacun Arek !!! Podczas rozmowy zaproponowałem, że zostanę z nim w namiocie, jego odpowiedź była jednoznaczna - Idź.

Tego dnia znaleźliśmy dobre miejsce do gotowania, tak nam się wydawało do momentu, jak ktoś z obsługi schronu poinformował nas, że gotujemy na beczkach z paliwem.

Sky is the Limit Elbrus-Kazbek
Sky is the Limit Elbrus-Kazbek

Ania tego dnia mało jadła i mało piła, mimo że co jakiś czas przypominałem o tym, położyła się w namiocie ratowników, którzy zeszli na dół i tak przeleżała cały dzień. Budzik włączył się o 24:00. Dając znak, że już czas wstawać. Arek nagotował dla mnie herbaty i o godzinie 1:00 wyruszyliśmy w kierunku Kazbeka z poznanymi wcześniej Polakami. Szedłem pierwszy, prawą stroną wzdłuż moreny lodowca, wyszukując drogę. Na wysokości około 4200 m n.p.m weszliśmy na pole firnowe, gdzie związaliśmy się liną. Idąc powyżej górnego Plateau (około 4500 m n.p.m.) Ania wpadła na pomysł, żeby schować czekan i iść z kijkami. Wydarzenie spod Elbrusa, chyba nie zrobiło na niej żadnego wrażenia ! Po moim stanowczym - jak chcesz kijki, to odepnij się od liny i idź sama, zrezygnowała z tego pomysłu. Droga klasyczna (wyceniana na PD) wyprowadza na przełęcz między Kazbekiem a Pikiem Spartak (4677 m), kluczową trudnością jest 50-metrowy kuluar o nachyleniu ok. 40 stopni tuż pod szczytem. Na początku szliśmy zakosami, a następnie ze względu na oblodzenie, założyłem punkty asekuracyjne, wkręcając śruby lodowe.

Sky is the Limit Elbrus-Kazbek
Sky is the Limit Elbrus-Kazbek

Sky is the Limit Elbrus-Kazbek
Sky is the Limit Elbrus-Kazbek

Kazbek

Zegarek pokazywał godzinę 9:45, gdy stanęliśmy na szczycie. Każdy szczyt poświęcam dla kogoś innego, to wejście było dla Arka. Po krótkiej chwili zaczęliśmy schodzić drogą w dół i znów Ania, zamiast uważać na czyhające na nas szczeliny, zaczęła zajmować się robieniem zdjęć. Dobrze to określił Piotr Ciszewski “Do końców tych dwóch lin przywiązany jest człowiek- Ode mnie zależy jego życie, ponieważ jeżeli odpadnie to ja natychmiast muszę zablokować liny, żeby zatrzymać jego lot. Szczególnie dzisiaj ciężko jest zaufać i pójść, się wspinać z kimś obcym. To samo dotyczy prowadzenia samochodu. Wspinając się chcę mieć pewność, że asekurujący mnie wspinacz nie strzela sobie w tym momencie selfie. Śpiąc jako pasażer samochodu, chcę wierzyć, że kierowca nie siedzi na fejsie”. Tyle na ten temat. O 15:00 byliśmy w obozie i zapadła decyzja o zejściu do Kazbegi. Arek poszedł do schroniska zadzwonić do Wasilia, żeby o godzinie 21 czekał na nas samochód pod Kościołem. Po spakowaniu się ruszyliśmy w drogę powrotną. Po przejściu lodowca i rzeki byliśmy już mocno zmęczeni, od 24 godzin bez snu, z 30 kg plecakami. Arek wypoczęty narzucił tempo, po mojej uwadze, żeby zrozumiał nasze zmęczenie, zrobiła się mało ciekawa atmosfera. Stwierdził, że teraz już jest spokojnie i nie musimy iść wszyscy razem. Wkurzyłem się. Wyprawa to złożony proces. Na takiej wyprawie wszystko jest ważne, od momentu lotu samolotem, do czasu, gdy jesteś w mieście, docierasz do bazy, jak aklimatyzuje się twój żołądek, ciało... To jest proces, podczas którego raz jesteś w lepszym, raz w gorszym nastroju i trzeba to przeżywać z przyjaciółmi. Wchodzimy razem na szczyt i razem z niego schodzimy, nie tylko do bazy, ale i do miasta. Uczulam każdego na to, że wszyscy idą razem, to jest wyrabianie dobrych nawyków i nie ma znaczenia, że teren jest łatwy czy nie ! Co pokazały kolejne godziny. Sebastian poczuł ból w kolanie i miał problemy z zejściem i w tym momencie, gdyby wszyscy byliby już na dole, to byłby problem. W pewnym momencie postanowiliśmy, że Arek zejdzie na dół, zostawi swój plecak i wejdzie nam z pomocą. Wziął od Sebastian łopatę i pusty mały plecak, który Sebi miał przypięty do dużego plecaka i zaczął schodzić. Patrząc na cierpienie kolegi, postanowiłem zabrać jego plecak, żeby go odciążyć. Przyznam szczerze, była to droga krzyżowa. Dwa plecaki po 30 kg jeden na plecach drugi z przodu, kamienistą drogą w dół. Przed ostatnim trawersem na trawiastym zboczu spotkaliśmy ponownie Arka, który wykonał kawał roboty podchodząc nam z pomocą. O godzinie 21:30 byliśmy pod Kościołem, czekając na samochód. Bezpieczni ! Już nic nam nie groziło!. Oczywiście na tłumaczenie Anny, że zeszła szybciej, bo i tak nie mogła nam pomóc, opadły mi ręce. Ja przecież też mogłem powiedzieć czy to przed Elbrusem, czy Kazbekiem. idźcie swoim tempem, ja idę szybciej, bo i tak nie mogę wam pomóc. Nie zrobiłem tego!. Mimo że czułem się dobrze. Nie odłączyłem się od liny i nie zostawiłem. Nie myślałem w tym momencie o szczycie. Nie kalkulowałem patrząc na tępo marszu, że jak się odłączę to będę miał większe szanse stanąć na szczycie !.

Możecie mi wierzyć lub nie. Po przyjeździe z Denali potrzebowałem tego sukcesu bardziej niż inni!. Ale szczyt nigdy nie przysłoni mi partnera. Dostosować swoje tempo do najsłabszego to jest odpowiedzialność, to jest braterstwo liny. Egoizm w górach zabija, to co najpiękniejsze. Człowieka !. Przecież góry bez ludzi są martwe.


Sky is the Limit Elbrus-Kazbek
Sky is the Limit Elbrus-Kazbek

Sky is the Limit Elbrus-Kazbek
Sky is the Limit Elbrus-Kazbek

Sky is the Limit Elbrus-Kazbek
Sky is the Limit Elbrus-Kazbek

Sky is the Limit Elbrus-Kazbek
Sky is the Limit Elbrus-Kazbek

Sky is the Limit Elbrus-Kazbek
Sky is the Limit Elbrus-Kazbek

Sky is the Limit Elbrus-Kazbek
Sky is the Limit Elbrus-Kazbek

Sky is the Limit Elbrus-Kazbek
Sky is the Limit Elbrus-Kazbek

Sky is the Limit Elbrus-Kazbek
Sky is the Limit Elbrus-Kazbek

Sky is the Limit Elbrus-Kazbek
Sky is the Limit Elbrus-Kazbek

 
 
 

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Komentarze


THE SKY IS THE LIMIT

Krzysztof Sabaciński 

Góry

 

66393848_2537754879602295_88734189691600

© 2017 by The Krzysztof Sabaciński. Proudly created with Wix.com

bottom of page